Ankieta

Na kogo zagłosujesz 21 października w wyborach na prezydenta Radomska?

  • Wioletta Pal (KW Wioletty Pal) (56%, 45 głosów)
  • Jarosław Ferenc (KW RdR) (15%, 12 głosów)
  • Dawid Wawryka (KW Otwarte Miasto) (11%, 9 głosów)
  • Jakub Jędrzejczak (KW PO) (10%, 8 głosów)
  • Jacek Gębicz (KW WS) (9%, 7 głosów)

Oddanych głosów: 81

Loading ... Loading ...
Polecam:














Archive for the ‘Bez kategorii’ Category

Tadman-blog

Powinniśmy gorąco podziękować słowackim pilotom, za to iż w sposób naoczny zdyskredytowali MAK i rosyjskich ekspertów lotniczych, którzy twierdzili, że z małej wysokości nie można podnieść Tu-154.

Dotychczas Tu-154 słowackiego prezydenta, pilotowany przez Słowaków, wykonywał na pokazach w Piestanach przejścia na niskiej wysokości nad płytą lotniska np. w roku 2007.

Po katastrofie Tu-154M, która miała miejsce na lotnisku Smoleński Siewiernyj 10.04.2010, było wiele dywagacji na temat możliwości podniesienia polskiego Tu-154M z wysokości 80 m przy której padła komenda II pilota – „Odchodzimy!”. Wg Rosjan decyzja powinna paść na wysokokości 120 m. Rosyjscy eksperci twierdzili, że Tu-154M nie jest w stanie wykonać manewru touch-and-go.

Nie wiem czy na postawę słowackich pilotów nie wpłynęła katastrofa samolotu z polską delegacją do Katynia, ale ponad miesiąc później, bo 29 maja 2010 słowaccy piloci pokazali w Piestanach nie tylko możliwość przejścia samolotu tego typu na bardzo małej wysokości nad ziemią i podniesienie go powtórne, ale także wykonanie klasycznego manewru touch-and-go. Przy dotknięciu pasa lotniska 0:38 porządnie zadymiły opony.

Skoro Słowaccy piloci pokazali, że możliwy jest manewr touch-and-go tym samolotem, to tym bardziej możliwe jest podniesienie samolotu z wysokości 80 m.
Skoro samolot uległ rozbiciu, to wynika z tego iż kpt. Arkadiusz Protasiuk albo nie dysponował pełnym ciągiem silników, albo nastąpiło zablokowanie steru wysokościowego lub w inny zewnętrzny sposób uniemożliwiono manewr podniesienia samolotu.

Tadman

Kolejna rocznica stanu wojennego. Kolejna rocznica zamordowania wolności. Zabicia tego czego komuniści bali się najbardziej. Prawdy. Od sierpnia 1980 r. trwał „karnawał” wolności. Okazało się , że komuniści nie byli w stanie zabić prawdziwej Polski. Od 1944 r., podbijali ją za pomocą polskojęzycznej sowieckiej agentury i wojsk Stalina. Oparli wrogi Polakom ustrój na zbrodni, kłamstwie i manipulacji. Ale nie zabili ludzkiej pamięci i godności.  Ludzkiej solidarności. Komuniści przegrali z prawdą.  Okazało się, że ludzie PZPR są obcą tkanką. Polacy ich wypluli. Gdyby nie stan wojenny, polski naród odzyskałby swoją podmiotowość i większą suwerenność.

Jaruzelski wprowadzając stan wojenny ratował komunistów przed utratą władzy.  Komuniści musieli „zamordować” „Solidarność”. Byli zmuszeni „zamordować” wolność, prawdę i solidarność ludzką. Te wartości spowodowały ,że zniewoleni poczuli się wolni. Władcy niewolników, sowieccy namiestnicy z PZPR poczuli się zagrożeni. Komuniści bali się prawdziwej wolności.  Wyjście mogło być tylko jedno. Jaruzelski musiał wydać wojnę narodowi. Sowiecki namiestnik zabił to co kochamy najbardziej. Zabił naszą wolność.  Tej wolności nie zabiłyby wojska ZSRR. Sowieckie dokumenty ,świadectwa świadków są bezwzględne i jednoznaczne. Jaruzelski błagał Kreml o interwencję wojskową. Odpowiedź radzieckich „carów” była jednoznaczna. NIE -odmawiamy. Wojska ZSRR nie będą interweniować. Towarzyszu Jaruzelski musie radzić sobie sami.

Z  odtajnionych kremlowskich stenogramów, relacji świadków wyłania się obraz sowieckiego generała w polskim mundurze, wynarodowionego renegata, który zaprzedał się do końca komunistycznemu imperium zła.

Ocena Jaruzelskiego jest jednoznaczna. Był zdrajcą ,a nie zbawcą ojczyzny.

Renegat Jaruzelski to nie tylko stan wojenny. Po zakończeniu wojny  Wojciech Jaruzelski vel agent „Wolski” zajął się likwidacją polskiego antykomunistycznego podziemia w hrubieszowskim, piotrkowskim . Jego mundur przeszło 60 lat temu splamiony został po raz pierwszy krwią własnych rodaków – naszych bohaterów z Konspiracyjnego Wojska Polskiego .

W 1968 r. aktywnie uczestniczył w antysemickich czystkach w LWP i mimo to nigdy nie został potępiony przez tak wrażliwe na tę kwestię środowisko Adama Michnika. Jaruzelski był antysemitą. Dlaczego jest dla Michnika bohaterem ?

Za te wszystkie zasługi stanął z nadania Moskwy na czele Ludowego Wojska Polskiego.  Jaruzelski w 1970 roku gorliwie wykonał partyjny rozkaz strzelania do  polskich robotników na wybrzeżu.  Kolejna krew na jego mundurze. Krew bezbronnych robotników. Stoczniowców Gdyni proszących o nie podnoszenie cen żywności.

Zdrajca Jaruzelski w 1968 w Czechosłowacji podczas operacji „Dunaj” tłumił czechosłowackie dążenie do wolności. Kolejna krew splamiła jego „bohaterski”  mundur.

Uznanie Jaruzelskiego za człowieka honoru to naplucie w twarz  i poniżenie wszystkich polskich patriotów. 20 lat temu, Michnik uznał komunistycznego zbrodniarza za bohatera. Parę dni temu Komorowski zaprosił tego totalitarnego oprawcę, na posiedzenie RBN. Komorowski uznał, że  zdrajca, dyktator, współsprawca kilku zamachów na wolność społeczeństwa, człowiek mający krew na rękach  jest odpowiednim partnerem dla demokratycznych polityków.  Wstyd i hańba.

Czy Wojciech Jaruzelski jest czy nie jest byłym prezydentem? – zapytał  Komorowski śmiejąc się do dziennikarzy na konferencji prasowej po posiedzeniu RBN.

Szkoda, że nie żyje agent NKWD Tomasz –  Bierut, od 1947 r. prezydent PRL. Sowietyzował Polskę za pomocą terroru stosowanego przez NKWD i „wyzwoleńczą” Armię Czerwoną.  Jego także Komorowski musiałby zaprosić. Jak wszyscy prezydenci to wszyscy.  Bierut u Komorowskiego. Niestety był  nie obecny. Komorowski na pewno żałuje. Ale nic się przecież nie stało. Zbrodniarza Bieruta godnie zastępował zbrodniarz  Jaruzelski.      Sowiecki gubernator, totalitarny dyktator, splamiony krwią polskich patriotów jest podejmowany przez polskiego prezydenta. Jaka piękna HAŃBA.

I tylko nasze sny nie zostaną upokorzone.

Nie każdy czyta „Rzepę”, więc postanowiłem „wrzucić” na bloga, fragmenty artykułu Zdzisława Krasnodębskiego. Uważam, że w artykule autor formułuje fundamentalne tezy, które muszą stać się tematem ogólnospołecznej dyskusji.  Warto przeczytać i zastanowić się nad przemyśleniami profesora Z.Krasnodębskiego.

Już nie przeszkadza

Rzeczpospolita, Zdzisław Krasnodębski 14-04-2010

Najbardziej dotkliwe obelgi, drwiny, poniżające wyzwiska sypały się na Prezydenta RP. Pomiatano Nim w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie – pisze filozof społeczny

Od dłuższego czasu planowałem napisanie dla „Rzeczpospolitej” artykułu, w którym chciałem uzasadnić, dlaczego będę głosował na Lecha Kaczyńskiego i dlaczego uważam Go za dobrego prezydenta, za najlepszego, jakiego mieliśmy od 1989 roku. Wiedziałem, jakie będą reakcje tak wielu ludzi Mu niechętnych – że to oczywiste, bo to pisze pisowiec, lizus, oszołom od ojca Rydzyka, wyrzucony z UW za głupotę, ideolog IV RP, któremu szkoda sutych apanaży, członek Honorowego Komitetu Wyborczego Lecha Kaczyńskiego w 2005 r. Także tego ostatniego określenia używano jako obelgi.

Obelgi były zaszczytem

Od paru lat spadały na nas wyzwiska – na tych wszystkich, którzy nie chcieli przyłączyć się do chóru wylewających pomyje na głowę Prezydenta, przystąpić do walki z kaczyzmem, dołączyć się do zbożnego czynu dożynania watah. Tak jakby nie było o wiele łatwiej płynąć z głównym nurtem, pisać do „GW” i odcinać kupony od poglądów wytartych w powszechnym obrocie. Nie, wcale się nie skarżę. Te obelgi były zaszczytem. Dzisiaj wiem, że są największym zaszczytem, jaki mnie spotkał w życiu.

Znacznie potężniejsze razy spadały na współpracowników Prezydenta i polityków PiS, także takich, których kiedyś Platforma chciała mieć w swoim szeregu, jak Grażyna Gęsicka. Nie mogę zapomnieć, jak uszargano Annę Fotygę, która chciała służyć Prezydentowi, realizować jego politykę najlepiej jak umiała. Można się było nie zgadzać z tymi celami, ze sposobami ich realizacji. Ale drwiny dotyczyły sposobu bycia, wyglądu. Znamy także odwrotne przypadki – wystarczyło się odciąć od Prezydenta i jego brata, by znowu zostać uznanym za subtelnego intelektualistę, by wznosić się w rankingach zaufania, by odzyskać godność i urodę.

Najbardziej dotkliwe obelgi, drwiny, poniżające wyzwiska posypały się na Prezydenta RP. Pierwsze spadły od razu po Jego wyborze. Nie oszczędzono także początkowo Jego Małżonki, zanim postępowe panie Jej nie polubiły. Pomiatano Prezydentem w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie. Nie dbano o godność najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej. Pamiętamy zabierany samolot, pamiętamy pomniejszanie rangi urzędu, który sprawował, przy pomocy usłużnych prawników i dziennikarzy.

Pamiętamy wszystkie te haniebne: „nie potrzebuję tu pana prezydenta”, „jaki zamach, taki prezydent” i „durnia mamy za prezydenta”, „trup na wrotkach”. Wyśmiewano się z Jego nazwiska – typowego, szacownego polskiego nazwiska – wyśmiewano się w Polsce, jakby to nie była już Polska, jakby to było miejsce na Polenwitze lub Polish jokes. I liczono dni, jakie pozostały do końca Jego prezydentury.

Zgromadzonym przed telewizorami Polakom cynicznie wmawiano, że ważniejsze niż ideowość są przekleństwa bezdomnego Huberta, od którego rozpoczęła się era „nowoczesnego PR” w Polsce, „Borubar”, „Irasiad”, przekręcony szalik czy flaga. Ekscytowano się „małpkami” wypijanymi przez zapraszanego dzień w dzień, wieczór w wieczór i promowanego w partii rządzącej przedstawiciela polskiego motłochu. Sam premier wyrażał się ciepło o tym wspaniałym PR-owskim pociągnięciu. (por. dzieło „Ja, Palikot”, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2010, s. 155)

Tyrady o małpce

Czołowi politycy przekraczali granicę przyzwoitości, krzycząc: „Były prezydent Kaczyński”, popisując się piskliwymi tyradami o dyplomatołkach i małpce Fiki Miki. Bo ani studia na najlepszej uczelni, ani dobra przeszłość, choćby opowiedziana tysiąc razy, nie ochronią przed obsunięciem się do poziomu motłochu. Niezawisłe sądy RP orzekały, że nazwanie prezydenta chamem nie jest obrazą, a jednocześnie skazywały doradcę prezydenta na kary za opisywanie powszechnie znanych poglądów słynnego na świecie obrońcy wolnego słowa i innych wolności.

Gdy dzisiaj patrzymy na prezydenturę Lecha Kaczyńskiego, trudno wydestylować z potoku brudu rzeczowe argumenty mogące uzasadnić tę falę nienawiści. Mówiono, że to prezydentura partyjna. Żartobliwe powiedzenie, że „misja została wykonana”, traktowano jako dowód, mimo że wszyscy wiedzieli, że relacje między braćmi nie miały charakteru podległości.

Oburzano się, że zwleka z podpisaniem traktatu lizbońskiego, chociaż zapowiadał, że go podpisze wtedy, gdy decyzję podejmą Irlandczycy. Bo tak jak w polityce wewnętrznej, także w polityce europejskiej Lech Kaczyński chciał, by nie było równych i równiejszych, tych, którym wolno wszystko, i tych, którym z góry przeznaczono miejsce poślednie. Sprawiedliwość, równe prawa dla słabszych i wolna, bezpieczna Polska – to było jego credo. Był w gruncie rzeczy konserwatywnym socjalistą czy socjalnym konserwatystą, łączącym patriotyzm z wrażliwością społeczną i umiarkowanym konserwatyzmem obyczajowym. Nie był antyeuropejski.

Gdy zostawał prezydentem, nie miał wielkiego doświadczenia międzynarodowego. Szybko się jednak uczył, bo mimo braku talentów językowych był wyjątkowej klasy umysłem. Z początku był bardzo zdziwiony tym, jak silne są interesy narodowe w Europie i jak mocno trzeba ich bronić. Chciał zadbać o pozycję swego, naszego kraju – nie inaczej niż Angela Merkel, o której zawsze wyrażał się ciepło i z uznaniem, o interes Niemiec, i jak Nicolas Sarkozy, o którym mówił z uśmiechem, że na pewno przewyższa go ekscentrycznością, o interes Francji.

Inni mieli mu za złe, że w ogóle traktat negocjował i że nań przystał. Ale Lech Kaczyński był realistą, wiedział, że Polska nie może pozostać wyizolowana. Niestety, dla Jego Polski, Polski równouprawnionej, podmiotowej, niewyrzekającej się swojej tożsamości, Polski ambitnej, zrobiło się ostatnio bardzo mało miejsca. W Europie coraz wyraźniejsza jest dominacja wielkich państw. Stany Zjednoczone coraz mniej interesują się Europą Środkową, rezygnując nie tylko z tarczy nad Polską, lecz także zabierając ochronny parasol znad głowy jej prezydenta.

Niektórzy zaczęli trzeźwieć

Lech Kaczyński był coraz bardziej osamotniony. Niedawno doszło do zwrotu na Ukrainie, coraz bardziej zagrożona jest Gruzja, ale pojawiły się znaki, że coś się zmienia. W niedzielę odbyły się wybory na Węgrzech, w których wygrał Fidesz. W Wielkiej Brytanii ogłoszono wybory, w których konserwatyści, sojusznicy PiS z Parlamentu Europejskiego, mogą odnieść zwycięstwo.

W Polsce zaczęło rosnąć zaufanie dla Prezydenta. Ostatni sondaż przed Jego śmiercią pokazywał dziewięcioprocentowy spadek poparcia dla kandydata PO i siedmioprocentowy wzrost poparcia dla Lecha Kaczyńskiego. Mnożyły się sygnały, że Polacy, że znaczna ich część zaczyna trzeźwieć, zaczyna powoli dostrzegać rzeczywistość. Za pół roku sytuacja Polski mogła być zupełnie inna. Śmierć Prezydenta przekreśliła te nadzieje.

Lecha Kaczyńskiego przedstawiano za granicą jako nacjonalistę i człowieka o skrajnych poglądach. Nigdy nim nie był. Kochał swoją rodzinę – tu nie było żartów i nie było „przebacz”. I kochał Polskę – tu też nie było żartów, nie było „przebacz”. Wiedział, że przeznaczenie postawiło Go na urzędzie w skomplikowanej sytuacji, na czele narodu zdezorientowanego. Był człowiekiem idei i wartości, nie taniej popularności. Był oryginałem.

Był nieśmiały i uparty, niereformowalny i nieustawialny. Zupełnie też niemedialny, często nieporadny przed kamerą, choć dzisiaj widzimy, że także w mediach można było go pokazywać inaczej. Potrzebował ciepła i przyjaźni, choć bywał – co zrozumiałe – nieufny i impulsywny. Był naprawdę wielkim człowiekiem. Nie potrzebowałem Jego śmierci, by to widzieć. I nie piszę tego dlatego, że się poniewczasie wzruszyłem i przyłączam do chóru zawodowych płaczek.

Nie znam innego przypadku współczesnego polityka, którego poglądy przedstawiane byłyby tak nieadekwatnie i niesprawiedliwie, w sposób tak zdeformowany. W Niemczech, i nie tylko w Niemczech, próbowano nawet zrobić z niego antysemitę, choć, jak wiemy, było wręcz przeciwnie i Jego ciepłe uczucia dla Żydów powodowały dystans u Polaków żywiących atawistyczne uprzedzenia.

Przedstawiano Go jako homofoba. Ale fakt, że to właśnie Guido Westerwelle był tym politykiem niemieckim, który nie mógł powstrzymać łez i że po swej pierwszej, inauguracyjnej wizycie w Warszawie był wobec polskiego Prezydenta pełen przyjaźni i szacunku, mówi sam za siebie.

Trzeci bliźniak

Najgorsze rzeczy spotykały Go jednak od rodaków, którzy teraz Go opłakując, czują, że zostali oszukani i wzbiera w nich gniew i wstyd. Zawsze obawiałem się, że Jego prezydentura może zakończyć się tragicznie. Bałem się, że spotka Go los podobny do losu prezydenta Narutowicza, że znajdzie się jakiś intoksowany i indoktrynowany szaleniec, który będzie chciał zakończyć ten „obciach”. Spotkał Go jednak inny los.

Elity III RP nienawiść do Niego siały świadomie i z premedytacją. Niedawno u czołowego dziennikarza, przedstawiciela ulizanego i zarazem agresywnego konformizmu, dominującego w polskich mediach elektronicznych, wyczytałem znamienną opinię: „A to obrażał się na profesora Bartoszewskiego, a to nie zaprosił Michnika na uroczystości z okazji Marca ,68, a to pomstował na (inna sprawa, że czasem słusznie) media. To sprawiło, że większość Polaków widzi w Nim raczej prezydenta jednopartyjnego, ideologicznego i uosabiającego małość wielu ludzi z jego zaplecza niż wielkość Rzeczypospolitej.”

Ale Lech Kaczyński nie zapraszał tych osób nie tylko dlatego, że spotykały Go obelgi od obu tych autorytetów, ale dlatego, że głęboko nie zgadzał się z ich projektami Polski – takiej Polski, w której generał Kiszczak może uchodzić za człowieka honoru, a Anna Walentynowicz ma dogorywać w zapomnieniu, i takiej Polski, która ma się zachowywać jak brzydka panna na wydaniu i pozwalać na rewizję europejskiej historii przez sąsiadów.

Razem z Prezydentem zginęli ludzie, którzy byli nadzieją polskiej polityki: Władysław Stasiak, Grażyna Gęsicka, Tomasz Merta, Aleksander Szczygło. Zginął Janusz Kochanowski, który podczas ostatniej rozmowy opowiadał mi o tym, jak jego i jego rodzinę zaczęły nękać odpowiednie instytucje. Zginął Janusz Kurtyka, o którego nękaniu wiedziała cała Polska. Zginęła Anna Walentynowicz, która przeżyła i próbę otrucia w 1981 roku, i stan wojenny, i lata zapomnienia w III RP. Ich wszystkich łączył jeden wspólny rys – byli ludźmi idei, a nie kariery. Byli państwowcami. Niestety już nie zabiorą głosu, by wyjaśnić, o co im chodzi, o co chodziło Prezydentowi.

Teraz już nie będzie przeszkadzał. Nie ma człowieka, nie ma problemu.

I gdy już nie ma problemu, nagle pokazano nam człowieka – jakiegoś innego Lecha Kaczyńskiego. Okazało się, że był jeszcze trzeci bliźniak. Nie nieudacznik, który napisał pracę doktorską o Leninie wtedy, gdy inni walczyli o wolność, nie zaciekły, zapiekły polityk, ale człowiek wielkiego serca i umysłu, choć skromnej postury. Teraz przez ekrany telewizorów przesuwają się zastępy tych usłużnych gadających głów, które nigdy nie potrafią zamilknąć i zawsze się pchają do pierwszego rzędu. Teraz jego dawni koledzy z opozycji pokonali amnezję i przypominają sobie wspólne czasy, choć jeszcze niedawno nie potrafili wykrztusić ani jednego życzliwego słowa.

Grubej kreski nie będzie

A od tych, którzy przy Nim stali i pozostali, wymaga się, by milczeli, by odkreślili przeszłość grubą kreską, by się pojednali, by nie zakłócali atmosfery żałoby. Ale ich – naszym – obowiązkiem wobec Niego i Nich jest mówić. Grubej kreski tym razem nie będzie.

I wy miejcie odwagę, pozostańcie sobą. Już zaczęliście dzielić łupy i dobierać się do szaf. Zróbcie kolejne „Szkło kontaktowe”, wyśmiejcie tę śmierć, wypijcie małpki. Zaproście Palikota i Niesiołowskiego. Krzyczcie: „cham” i „dureń”, i „były prezydent Lech Kaczyński”. Wyśmiewajcie i drwijcie. Bądźcie sobą. Gardzę wami. Jestem dumny, że Go znałem.

Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej”

Jeżeli pamięć o pewnych wydarzeniach ,zachowaniu i słowach pewnych osób jest nienawiścią, to jestem wielkim NINAWISTNIKIEM !! Jednak z wielkiego szacunku do prezydenta muszę podzielić się następującymi refleksjami.

Prezydent Lech Kaczyński zawsze był dla mnie  mężem stanu. Wielkim polskim patriotą. Wzorem uczciwości. Wybitnym politykiem, zawsze działającym na rzecz suwerenności Polski. Miał wizję rozwoju naszego kraju. Był po prostu Wielkim człowiekiem. Dla mnie był takim od zawsze.  Nie od momentu gdy został prezydentem Polski. Prezydentura była naturalnym dopełnieniem jego życiowych wyborów. Całe jego życie powinno być dla nas wzorem do naśladowania. Szczególnie wierność zasadom i bezkompromisowość. Bezkompromisowość w jak najlepszym znaczeniu tego słowa.

Szkoda, że musiał od nas odejść do naszego Pana, aby nagle wszyscy to zrozumieli. Nagle ci wszyscy którzy wobec tego wielkiego człowieka, wcześniej używali małych, podłych, często haniebnych słów, pełnych pogardy, teraz zrozumieli, że był kimś wyjątkowym, wielkim politykiem,  wielkim Polakiem. Szkoda, że właśnie teraz !! Ale dobrze, że jednak zobaczyli wreszcie wielkiego Polaka w naszym prezydencie L.Kaczyńskim. Wierzę, że zachowanie wcześniejszych oponentów nie jest na pokaz. Wierzę, że jest autentyczne.

Zadaję sobie pytanie czy nie mogli zobaczyć prawdziwego oblicza tego człowieka  wcześniej ? Czy były potrzebne te wcześniejsze słowa ?? Słowa, które przekraczały granicę wszystkiego.

Wszyscy jednoczymy się w bólu i cierpieniu .Chciałbym wierzyć ,że powstaje jedna wielka wspólnota. Narodowa wspólnota zmierzająca do koniecznych zmian ,a nie tylko wspólnota chwilowych  emocji.

Wciąż pamiętam pierwszą podróż pary prezydenckiej i plastikową reklamówkę zabraną przez p.prezydentową. Dla mnie nie stało się nic wielkiego. To było takie bardzo ludzkie. Stali się dla mnie normalnymi, bliskimi ludźmi. Ale pamiętam także wielką chłostę śmiechu polskich mediów, szydzących z tego mało istotnego faktu !!  To był początek.

To już przeszłość. Ale czy mamy ją całkowicie zapomnieć ??

Od soboty wszystko się zmieniło. Jak bardzo ,to pokaże przyszłość !!!

Ten wiersz to perełka. Czytajcie !!!

Czy za mało Ci było krwi, czy tak wielu łez wylanych?

Brzozo złamana, płaczesz?
A serce z żalu dygocze…
Runęła nadzieja, w rozwianej mgle
Bolesna prawda jednoczy.

Aż po horyzont ścielą się szczątki
Rzeczypospolitej chwały
A nad nią w locie błogosławiącym
Jak anioł – orzeł biały.

Ach, kraju mój miły!
Rzeczpospolita! Polsko!
Odeszły znów Twoje dzieci!
Sen o potędze, zali się ziści?
I blaskiem jutrznia zaświeci?

Katyński lesie, ty znasz odpowiedź,
Bólem wszak krzyczą tu drzewa!
A krzyk ten niesie po krańce Ziemi
Rozdarty wrak Tupolewa.

A jakiż to casus, jakiż to kat?
Nim hołd złożono zabitym
Synom narodu sprzed wielu lat,
Katyń znów w krwi obfitej.

A gdyby przepaść w sercach tę
Zasypać raz na wieki,
Wysuszyć morza łez i łzę
Otrzeć z matczynej powieki?

Bo mędrcem będzie ten, kto pierwszy
Uczciwie do tego się przyzna,
Że najważniejsze w życiu są
Bóg, Honor i Ojczyzna.

Barbara Jarosik









Filmiki

Andrzej Duda, kandydat Prawa i Sprawiedliwości na Prezydenta RP - Komentarz Tygodnia 01.02.2015

Komentarz Tygodnia 17.05.2015 Błażej Spychalski szef Sztabu Wyborczego Andrzeja Dudy w województwie łódzkim (PiS), oraz Joanna Skrzydlewska Zarząd Województwa Łódzkiego (PO)

Andrzej Duda - Dobra zmiana

THE BEST OF: Komorowski

Andrzej Kołakowski Epitafium dla Majora Ognia

Major Łupaszko i jego żołnierze

Andrzej Wajda "Solidarni z więzniami politycznymi"

Debata Kaczyński - Michnik z 1993 roku.